Ciało i umysł- oj nie tak panowie, nie tak!

 Runęło prawie wszystko. A miało być tak pięknie! Człowiek się ledwo ruszy i mało mu głowa nie pęknie! 

Kiedyś, na każdym zakręcie i w każdej minucie powiewało u mnie optymizmem. Uśmiech nie schodził mi z twarzy, dobro wylewało mi się z rękawów a serce biło raźniej na każdą przygodę. A potem było wielkie łup. I jak w klepsydrze, przesypywały się ziarenka, by w końcu usypać kopczyk kończąc spadanie- tak u mnie dobry nastrój spadał i spadał aż opadł na dno. W zasadzie opadł na dno dna. I nikt tej klepsydry nie odwrócił. Jeszcze. 

Nie cieszyło mnie nic. Słyszałam- weź się w garść, na co ty narzekasz, inni mają gorzej. Ba! Nawet usłyszałam raz: mówisz osobie niepełnosprawnej o swoich problemach, byś się wstydziła, oni to dopiero mają ciężko. I tak się zapadałam w niebyt. Chowałam się za kurtyną, a ta gruba, coraz grubsza kurtyna tylko się kurzyła, nie było najmniejszych szans na to, że się jeszcze kiedyś otworzy. 

Pewnego dnia, przy okazji badania w przychodni, zapytałam w recepcji co mam zrobić jeśli nie mam już siły żyć. Wtedy kobieta złapała mnie za rękę i powiedziała. Nic się nie martw. Jesteś tu gdzie trzeba. Lekarz zaraz cię przyjmie, wiem, co czujesz, też to przechodziłam. Teraz będzie już tylko lepiej. Nie jesteś sama!

Pamiętam, że wtedy bańka pękła. Jak się rozpłakałam i jaką ulgę poczułam w sercu. Jak po raz pierwszy od wielu tygodni zobaczyłam, że ktoś rozumie co czuję i że jest szansa na to, że ktoś mi pomoże. Światełko w tunelu. Światło, które kiedyś we mnie błyszczało jasno a potem zgasło- zatliło się od nowa. Nadzieja- pojawiła się wtedy, kiedy już byłam pewna, że żadnej nie ma. 

I potem faktycznie drgnęło. Leki, terapia- odkopałam się na tyle, że miałam siłę wyjść rano z łóżka. Na tyle, że byłam w stanie przetrwać dzień w pracy mimo tego, że byłam obiektem mobbingowania i poniżana. Ale po pracy- było tylko moje ciało, na kanapie. Z telefonem w ręku albo z pilotem od telewizora, byle tylko zagłuszyć natłok myśli i obwiniania się o wszystko. I tak trwałam, do zakończenia terapii. 

Wielokrotnie podejmowałam próby powrotu do normalności. Do codziennych zadań, do moich pasji. Ale właśnie wtedy zaczęło mi strajkować ciało. Jak zaczęły się bóle stawów i brzucha- moja głowa znowu była ciężka od złych myśli i obwiniania się o to, że do niczego się nie nadaję. 

Umysł- lżejszy do dzisiaj, mimo, iż miewam swoje słabsze chwile- ale ciało… Strajkuje. A ze strajkującym ciałem umysł też zaczyna strajkować i boję się, że znowu się zapadnę. A to jest ostatnia rzecz której bym teraz chciała. Bo gdzieś głęboko w środku, za tą kurtyną- jest wola życia. Jest ta wesoła kobieta, która miała serce otwarte na cały świat. I tu właśnie pada decyzja, żeby zacząć wspinaczkę do góry. 

Zdecydowałam się na detoks. Detoks ciała. A za ciałem pójdzie i dusza. Potem, za duszą, znowu pójdzie ciało. Jak naczynia połączone. Dosłownie- w zdrowym ciele zdrowy duch. 

Właśnie tu, na tym blogu, zamierzam opisać moją podróż po świecie głębokiego oczyszczania. O mojej podróży na Wyżynę Radości, w rezerwacie Spokojnego Snu, na wyspie Harmonii. 

Wiem, że to może być trudne. Wiem że będą potknięcia i upadki- jednak tym razem się nie ugnę i będę kontynuować tę podróż, dopóki nie dotrę do mety. Jestem silna i zdeterminowana. Jestem spragniona normalności. Jestem świadoma tego, że potrafię uleczyć swoje ciało i duszę. Już czas! 

Komentarze